Czas dorosnąć, czyli komentarz o filmie "Don't look up"

Czarna komedia "Don't look up" ("Nie patrz w górę") w reżyserii Adama McKaya od tygodni święci tryumfy oglądalności na Netfliksie, choć widzowie natychmiast podzielili się na tych którzy jej nienawidzą, krytykując poziom aktorstwa i realizacji, oraz tych, których wręcz poraziła swoim ponurym, ale jakże aktualnym przesłaniem. Do tej drugiej grupy zalicza się z pewnością dr Joanna Miksa z Katedry Etyki Wydziału Filozoficzno-Historycznego UŁ, która pisze dla nas o wymowie i znaczeniu tego kultowego już filmu.

Czarno-biały portret dr Joanny Miksy
Dr Joanna Miksa z Katedry Etyki Wydziału Filozoficzno-Historycznego UŁ

Zanim zaczniemy patrzeć w górę (obyśmy spojrzeli!), na razie wielu z nas patrzy w ekrany na film Adama McKaya. Nowa produkcja Netflixa z gwiazdorską obsadą mówi o naszym świecie rzeczy proste, które właściwie wszyscy wiemy, ale może pora, żeby ktoś zebrał je w jednym, wyrazistym kawałku. Przyjrzymy się temu, z jakich elementów składa się filmowa konstrukcja. Nawet jeśli jej twórcy posługują się hiperbolą, mają niestety dużo racji w swoim przesłaniu. 

Ona i on

Na początku jest ona – młoda naukowiec Kate Dibiasky grana przez Jennifer Lawrence. Naukowczyni. Zjawisko może nie tyle nowe co nie dość oswojone, byśmy z całą pewnością wiedzieli, jaka przysługuje mu nazwa. Młodzi jak to młodzi – entuzjazm, świeże spojrzenie i bum! Kate odkrywa nową kometę, pisząc doktorat na mało prestiżowym, ale przecież amerykańskim uniwersytecie. Idzie z tym odkryciem do swojego promotora, dra Randalla Mindy’ego, w którego postać wcielił się Leonardo DiCaprio. Okazuje się, że nazwana od jej nazwiska kometa Dibiasky sprawi, że ludzie jako gatunek podzielą los dinozaurów. Niezwykle przejęta naukowczyni wraz ze swoim mentorem udają się do prezydent Stanów Zjednoczonych, a potem do mediów, żeby skłonić ludzkość do podjęcia środków zaradczych. Teoretycznie bowiem ocalenie jest w zasięgu ręki. Jednak zamiast kolejnego katastroficznego dzieła z happy endem widz dostaje ponad dwugodzinny spektakl lekceważenia nauki, co nieuchronnie prowadzi do katastrofy. Ponieważ oglądając film, ma się wrażenie, że nauka wyginie jeszcze szybciej niż ludzie, warto sporządzić jej portret pamięciowy. Wystarczy kilka najbardziej charakterystycznych rysów.

Otóż od czasów nowożytnych nauka jest narzędziem pozwalającym na szukanie prawdy, która jest funkcją metody. Nie jest natomiast narzędziem pozwalającym osiągnąć prawdę absolutną. Wszystkie jej twierdzenia mogą zostać sprawdzone i podważone przy użyciu powszechnie dostępnych procedur, co zmusza posługujące się nauką społeczeństwa do życia z poczuciem niepewności. Niepewności, którą pogłębia to, że zawsze jakiś element rzeczywistości będzie poza naszą kontrolą – nie da się bowiem zbadać świata w całej jego rozciągłości i złożoności. Tak jak nasze władze poznawcze są ograniczone, tak nasze poznanie jest zawsze niepełne – każdego dnia dochodzą nowe elementy, które wymuszają większe lub mniejsze korekty we wczorajszym stanie wiedzy. Rodzi to trudne do wytrzymania uczucie niepokoju Dlatego właśnie widzimy w filmie elity żrące Xanax jak rasowe korposzczury i klasę pracującą w nieustannym poszukiwaniu kontentu, który pozwoli się odprężyć i da chwilę zapomnienia. Nie dziwi, że w tym świecie właściwie wszyscy są przeciw dzielnej trójce naukowców, bo poza białym mężczyzna i młodą, białą kobietą mamy jeszcze czarnoskórego dra Teddy’ego Oglethorpe’a granego przez Roba Morgana.

Pani prezydent 

Filmowa przywódczyni Stanów Zjednoczonych jest cwana i cyniczna, a dodatkowo pozbawiona nie tylko wizji politycznej, lecz nawet jakichkolwiek poglądów. Właśnie ta kombinacja cech pozwala jej stać na czele tłumów, którym mówi, że chodzi o to, żeby iść do przodu. Być w ruchu. Jest zblatowana z kapitałem, nie reprezentuje nikogo, a jedynie sprawuje władzę, która sprowadzona do roli fetyszu staje się narzędziem czystej destrukcji. Jako wzorcowa populistka podsyca emocje tłumu, wprawiając go w patriotyczną egzaltację; pielęgnuje poczucie strachu i zagrożenia ze strony mitycznych, gardzących zwykłymi ludźmi elit. Wszystko po to, żeby resentyment w narodzie nie zginął. Jeśli ktoś sam na to nie wpadł, to w momencie buntu naukowiec grany przez Leonarda DiCaprio nazywa ją socjopatką i faszystką. Tak, brzydkie słowo na „f” pada i nic się na to nie da poradzić. Pani prezydent nie jest bowiem politykiem, a podręcznikowym faszystowskim przywódcą. A naprzeciwko niej nie ma obywateli, tylko zdezorientowany tłum. Jeśli ktoś chciałby jednak do tego tłumu przemówić, władza może takiego śmiałka poszczuć, korzystając z aparatu represji. Kiedy naukowcy próbują namawiać zwykłych ludzi do protestów przeciw establishmentowi, są pacyfikowani przez policję lub „ludzi Białego Domu”. Bez żadnego trybu.

Media 

Na głuchych polityków jest tylko jeden sposób – dostać się do środków masowego przekazu. W końcu to właśnie czwarta władza została zrodzona przez nowożytne mieszczaństwo jako jeden z podstawowych elementów oświeceniowego projektu demokracji. Prasa to grabarz feudalnych monarchów, którym korony na skronie kładziono z woli Boga i którzy to władcy zasiadali na swoich tronach tak długo, dopóki prasa nie udowodniła, że władza pochodzi jednak od ludu. Patrząc na sportretowane w filmie mass media, trudno uwierzyć, że to one są tym bohaterem, który za młodu łeb urwał hydrze. Media w filmie McKaya to nieustający karnawał, w którym nie ma żadnej hierarchii ważności tematów i który wyparł zaprojektowaną w oświeceniu przestrzeń publiczną, czyli miejsce na dialog i rozmowę. Miejsce, które powinno umożliwić obywatelom podejmowanie racjonalnych decyzji. 

Warto przypomnieć: kodeksy etyki dziennikarskiej, które spisane dopiero w XX wieku (tuż po końcu wojny dwóch totalitaryzmów), zaczynają się od ogłoszenia prawa społeczeństw do prawdy. Na to właśnie prawo powołują się ludzie w barze, którym udaje się podsłuchać strzępy rozmowy naukowców rozmawiających o nadchodzącej katastrofie. Moment, w którym kelnerka mówi do ozdobionego identyfikatorem Białego Domu naukowca „Mamy prawo wiedzieć”, jest chyba jedynym śladem obecności ducha obywatelskiego w ponad dwugodzinnym dramacie. Wspaniale wykreowani przez Cate Blanchett i Tylera Perry’ego dziennikarze do złudzenia przypominają gwiazdy wielu programów opiniotwórczych kapitalistycznego świata, których zajęcie polega już tylko na zabawianiu konsumentów niusami. Jedynym sensem ich pracy jest wprawianie odbiorców w dobry nastrój. Po prawdzie sytuacja nie jest do końca stracona – w dobie internetu można przecież próbować dotrzeć do ludzi poza mediami z mainstreamu. Jak jacyś alarmiści. Ale do tego potrzebna jest naprawdę duża determinacja, bo to sport dla najbardziej wytrwałych. Po takiej akcji można zostać „odizolowanym od społeczeństwa” przez policję działająca na zlecenie polityków. Bez fatygowania prokuratorów. 

Jedyny zwycięzca

Jedynym zwycięzcą jest wolny rynek, który w filmie ucieleśnia Peter Isherwell – właściciel wszechwładnej międzynarodowej korporacji BASH, grany przez brytyjskiego aktora Marka Rylance’a. W produkcji Adama McKaya bardzo plastycznie zagrana przez Marka postać jest powodem, dla którego ludzkość przegrywa. Isherwell zarządza korporacją wystarczająco potężną, by móc w dowolnym momencie niemal na pstryknięcie palców poprosić na rozmowę prezydent Stanów Zjednoczonych i wydawać jej polecenia. O ile politycy nie mają poglądów i wizji, Isherwell ma ich aż nadto. 
Nie można zatem powiedzieć, że zgubi nas chciwość, bo to nieprawda. Jest gorzej – zniszczą nas narcystyczni, fantazjujący zupełnie poważnie o roli zbawców i proroków ludzkości dyletanci utuczeni zanikaniem państwa i kurczeniem się przestrzeni publicznej.

Bojkotując plan zmiany toru lotu komety, platynowy sponsor kampanii pani prezydent z całą powagą uzasadnia swoje działania troską o przyszłość ludzkości. Właściwie cytuje niektórych współczesnych proroków transhumanizmu z sektora prywatnego, którzy tak właśnie siebie postrzegają: jako dobroczyńców ludzkości.Dlaczego narcystycznemu bogu wolnego rynku udaje się zniszczyć ludzkość? Przede wszystkim on już ma władzę, a to dzięki fetyszowi sztucznej inteligencji czy korzystaniu z dobrodziejstw techniki bez refleksji. Naukowiec Mindy traci mowę, gdy powołujący się na algorytm Isherwell mówi mu, jak umrze i na jakie niezdiagnozowane jeszcze przez lekarzy choroby cierpi. Właściciel BASHA jest niczym rzymscy kapłani, na których decyzję o tym, czy można przystąpić do bitwy, wpływał kształt flaków wyprutych z niedrapieżnego ptactwa. To również Isherwell mówi o skomplikowanej przyszłości każdego w taki sposób, że nie zawsze jesteśmy w stanie na bieżąco weryfikować przytaczane przez niego informacje, ale też z tego powodu trudno im skutecznie zaprzeczyć. Czasami mu się spektakularnie udaje, to kiedy mówi o śmierci pani prezydent, a czasami nie, kiedy mówi o śmierci Mindy’ego. Do tego jest czarodziejem, który obiecuje ludziom dobre samopoczucie dzięki aplikacjom, które zapewniają nam wyłącznie przyjemne myśli i doznania. Jest poza wszelką kontrolą. 

Wywodzący się ze świata uniwersyteckiego Mindy opuszcza Isherwella, kiedy orientuje się, że technologia, której prezes BASH chce użyć przeciw zagrożeniu, jakie niesie kometa, nie przeszła procedury recenzyjnej. To jest niezwykle ważny moment, kluczowy dla całego filmu. W lepiej lub gorzej działającym świecie uniwersyteckim, który jest niedofinansowany i zagrożony korupcją ze strony wielkiego kapitału, trzeba dorosnąć, czyli wejść w dialog na partnerskich warunkach z innymi ludźmi i przestrzegać reguł. Między pomysłem a jego realizacją jest weryfikowalna procedura lub reguły pozwalające odróżnić prawomocny dyskurs od pustej fanfaronady. Isherwell może zaś żyć w świecie pięciolatka fantazjującego o wszechmocy bez poczucia odpowiedzialności za kogokolwiek. W razie zagrożenia ma przecież magiczny okręt, za pomocą którego przeniesie się do innego świata – na przykład na inną planetę. W końcu dlaczego wielki kapitał nie miałby skolonizować kosmosu?
To ważny wniosek płynący z filmu. Wiek XX zaczął się od rzezi w okopach, za co można po części obwiniać nadmiernie represyjną, a przez to kaleczącą i przemocową kulturę XIX-wiecznego mieszczaństwa. Odzyskiwanie dzieciństwa i autentyczności uczuć było w związku z tym jednym z ważnych i bez wątpienia dobroczynnych wątków kultury ubiegłego wieku. Ale tak się już dłużej nie da, pora znaleźć jakąś formułę szacunku dla dorosłości, która zachęca do wzajemnej troski.

W 2021 roku odnotowaliśmy loty dwóch miliarderów w kosmos. Każdy z nich powoływał się przy tym na marzenia swojego wewnętrznego dziecka. W tym jeden z najbogatszych ludzi na Ziemi, cesarz świata zamieszkałego przez homo consumptora, Jeff Bezos. To już jest ten moment, że pora się bać żyć w świecie podlegającego władzy człowieka, który podejmuje decyzje z poziomu rozwoju pięciolatka. Człowieka, który może wprowadzić swoje pomysły w czyn zupełnie dorosłymi już środkami, ale bez dorosłej troski o konsekwencje i bez brania pod uwagę cudzego zdania. Człowieka, który nie płaci podatków pozwalających na finansowanie uniwersytetów i szkół oraz na transparentne uprawianie nauki. Nie troszczy się o ślad węglowy. I nie dopuszcza do powstania związków zawodowych, które może utrudniają przedsiębiorcom życie, ale są też oddolną formą organizowania się pracowników, powołujących się na swoje prawa, mających za sobą państwo i, nade wszystko, poczucie sprawczości. Bez nich mamy zarządzane przez algorytmy zasoby ludzkie, które w wolnych chwilach są konsumentami, ale już niekoniecznie obywatelami. Co najwyżej stanowią część zdezorientowanego tłumu. 

Finał czyli ostatnia wieczerza

Nie licząc dwóch anegdotycznych scen w trakcie napisów, film kończy się minorowo. Ale może w tej scenie ostatniej wieczerzy jest szansa? W finale mamy afirmację zwykłego życia odmierzanego łyżeczką od herbaty, ale też spędzanego przy wspólnym stole, wśród ludzi których można wziąć za rękę i razem zastanowić się, co jest dla nas najważniejsze. Tak jak zrobił kiedyś Odys, na samym początku naszej kultury. Odyseja zaczyna się przecież od momentu, kiedy król Itaki rezygnuje z apoteozy, którą proponuje mu zakochana w nim nimfa Kalipso. Z apoteozy, czyli przebóstwienia, a dokładniej z nieśmiertelności i wiecznej młodości. Może na co dzień o tym nie pamiętamy, ale nie ma nic grzesznego w tego rodzaju tęsknocie. To właśnie ma przecież czekać na wybranych po zakładanym w chrześcijaństwie Sądzie Ostatecznym – zmartwychwstanie ciałem. 
Odys odmawia i pozostaje śmiertelnym człowiekiem, czyniąc w ten sposób krok ku narodzinom filozofii, która w wersji antycznej zorientowana jest na pytanie o dobre życie. Tym dobrym życiem dla Odysa jest troska o Telemacha i Penelopę – bez wątpienia śmiertelnych, ale jedynych i niezastępowalnych. Odys ma świadomość, że żadne z nich nie przetrwa bez niego, a z czasem okazuje się, że od momentu powrotu do Itaki i on nie przetrwałby bez pomocy kobiety i stającego się dopiero mężczyzną chłopca. Może zatem w tej ostatniej scenie tkwi jednak jakaś nadzieja, skromna jak zawsze, ale cóż jak nie nadzieja pozwoliło nam przetrwać po otwarciu puszki Pandory? Bo kometa Dibiasky może jest wymyślona, ale katastrofa klimatyczna, której jest metaforą, niestety nie. 

Joanna Miksa, Katedra Etyki Wydziału Filozoficzno-Historycznego UŁ